007 Quantum of Solace (Wielka Brytania, USA, 2008)
Kategorie: Sensacyjny, data: listopada.15, 2008, autor: czarliczarli
Wedle teorii, która utrzymuje, iż miarą filmu jest jego pierwsze dwadzieścia minut, należałoby uznać „Quantum of Solace” za jeden z lepszych filmów kina akcji, nakręconych w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Teoria ta sprawdza się również w dalszej części projekcji – akcja nie gaśnie ani na moment, od pierwszego kadru do ostatniego ujęcia trzyma w napięciu, utrzymuje w stanie dziwnego „podniecenia” nawet tych, którzy do tej pory twierdzili, iż tego typu produkcje nie trafiają w ich gust w żaden sposób czy nawet wręcz drażnią. Całość prezentuje jednostajnie ten sam poziom, opierający się na świetnie nakręconych scenach, okraszając nam projekcję fantastycznymi i dynamicznymi wstawkami dobrze „skonstruowanych” efektów specjalnych.
Film akcji – no właśnie – jak to zwykle w recenzjach bywa, zawsze musi być jakieś ale…Tym razem owo „ale” rozbija się właśnie o rafy określenia „film akcji”.
„Quantum…” można by przyrównywać do najlepszych filmów gatunku jak np. „Tożsamość Bourne’a” aczkolwiek porównanie to nasuwa pewną niedogodność.
Mianowicie, odnoszę wrażenie, że do tej pory praktycznie wszystkie filmy z serii przygód agenta 007 same w sobie stanowiły specyficzny rodzaj gatunku filmowego. Nie do końca można było zaklasyfikować je z czystym sumieniem do grona filmów akcji, komedii czy jakiegokolwiek innego gatunku. James Bond był po prostu „Jamesem Bondem” – kolejną częścią niekończącej się „sagi” opiewającej czyny człowieka, który za każdym razem ratował świat przed zagładą i za każdym razem robił to, z sobie tylko znaną nonszalancją, brawurą, nutką angielskiej elegancji i „lordowskich” wręcz manier. Każda część Bonda stawała się niezapomnianą rozrywką - momentami wręcz groteskową i przerysowaną – na tej właśnie umiejętności opierał się cały urok serii o przygodach agenta. Nie było tam grama brutalności - wszechobecnej w dzisiejszej kinematografii - a piękne kobiety, bankiety, przyjęcia, gadżety o których nam się nie śniło, szybkie samochody, zapierające dech w piersiach widoki – całościowo stanowiło to tylko tło dla głównego bohatera, będąc jednocześnie jego uzupełnieniem – a wszystko to ku naszej wielkiej uciesze.
Tendencja odmienna pojawiła się już w poprzedniej części – wszystkie te elementy, które zaskoczyły nas w „Casino Royale” w „Quantum…stały się już standardem i oczywistością.
Należałoby w tym momencie zastanowić się czy nowa koncepcja filmu jest wyjściem naprzeciw potrzebom widza – cały czas chcemy „więcej, mocniej i teraz”, efekty specjalne muszą być coraz bardzie realistyczne, akcja coraz szybsza, chcemy wrażeń, po których zakręci nam się w głowie.
Tylko czy zachowanie klasycznej już formy, która zaskarbiła Jamesowi tylu fanów na całym świecie, faktycznie gryzie się z nową koncepcją i oczekiwaniami odbiorcy?
To trochę tak, jakby ktoś zmienił etykietkę „Coca-Coli” twierdząc, że czcionka jest zbyt staromodna.
A czy nie brakuje nam trochę tego magicznego, wręcz kultowego już tekstu „My name is Bond – James Bond” ?
Czy nie brakuje nam całej tony gadżetów, które najbardziej znany już agent - za każdym razem, bardzo skrupulatnie i niezmiennie unicestwiał ku wielkiemu zmartwieniu ich konstruktora i wynalazcy niejakiego „Q” ? Nie mamy już do czynienia z angielskim gentlemanem o nieskazitelnych manierach, z oczywistą lekkością podejmującym nowe zobowiązania wobec Jej Królewskiej Mości, ku chwale Wielkie Brytanii – mamy do czynienia z agentem tak doskonałym niczym maszyna do zabijania.
Również i misje, których podejmuje się James nie ratują już świata przez unicestwieniem… Jak dla mnie trochę szkoda ale jak widać jestem staromodna. I – lubię markę – markę jaką był James Bond.
Po procederze „ubolewania” nad zmianą wizerunku agenta brytyjskiego wywiadu, należałoby napisać w końcu coś o nowym agencie – tym „po liftingu”. I będzie to coś pozytywnego – mianowicie, nowy nabytek w roli Jamesa (Daniel Craig ) sprawdza się świetnie. Ma charyzmę, ma charakter, ma męskość i siłę, ma również…kamienną twarz niczym posąg wyciosany w kamieniu. Wg mnie świetny wybór i oby jak najdłużej przy nim pozostano. Również muzyka do filmu (piosenka : Jack White and Alicia Keys) zaspokaja moje wyobrażenia – energetyzująca, zawierająca dreszczyk emocji i przygody, cudownie utrzymana w klimacie serii, wprowadza pazur i „świeżość” do najnowszej części Bonda.
Jakie więc wrażenia? Polecam, polecam, polecam, Mimo wszelkich zastrzeżeń „Quantum…” trzeba niewątpliwie zobaczyć. Pierwszoplanowym powodem jest fakt, iż najnowszy „bond” jest filmem na tyle dobrze zrobionym, że z pewnością wielokrotnie będziemy do niego wracać – i za każdym razem dostarczy tyle samo pozytywnych wrażeń.





listopad 22nd, 2008 , data 21:39
Naprawdę świetnie piszesz
Brawo!
listopad 26th, 2008 , data 18:52
Dzięki, dzięki;)wielkie dzięki;)
listopad 29th, 2008 , data 12:57
mmmm Daniel Craig, super, 100% męskości, grzechu wart
grudzień 9th, 2008 , data 10:46
Film nie dostał najlepszych ocen, mnie jednak się podobał.. Byłam na nim ze swoją paczką, może właśnie w dobrym towarzystwie tkwi sekret
do tego pod numerem GG: 595770 zorganizowałam tańsze bilety, polecam! Można pod nim zebrać się w grupę i sporo zaoszczędzić. Fajna sprawa.