Recenzja: 25. godzina / 25th Hour (2002)
Oglądałem swego czasu bardzo znany film Darrena Aronofsky’iego, „Requiem dla snu”. To obraz szeroko ceniony, poprzez swoją tematykę, która obejmuje losy trójki przyjaciół z Brooklynu, chcących spełnić swoje marzenia uciekając w okrutny i przerażający świat narkotyków. Chyba niewielu jest znanych mi osób, którzy nie oglądaliby tego filmu, będącego doskonałą przestrogą na to, że heroina czy innego typu używki są dla człowieka zgubne. Przez cały seans utwierdzałem się w przekonaniu, że narkotyki to zło niszczące ludzkie życie i po napisach końcowych to wrażenie zaczęło potęgować. To był jeden z nielicznych filmów, który mną wstrząsnął. Prawdziwy, bezprecedensowy, bezpośrednio i brutalnie odzierający historię z jakichkolwiek resztek dobrego smaku. Po tym wszystkim wmówiłem sobie, że nigdy, ale to przenigdy nie tknę takich „wspomagaczy”, mając w domyśle perypetie filmowych bohaterów. W swoim życiu wykluczyłem kupowanie i zażywanie narkotyków – właśnie dzięki „Requiem dla snu”. A przez „25. godzinę” wyrzuciłem z siebie chęć sprzedawania takiego towaru.
A wszystko to przez losy głównego bohatera filmu Spike’a Lee, Monty’ego Brogana. Jedna doba: tyle pozostało mu czasu na wolności do odsiedzenia siedmioletniego wyroku za handel narkotykami. Doba, aby wyjaśnić swoje życiowe problemy. I nie tylko swoje, bo przyjdzie mu także skonfrontować się z kłopotami swych najbliższych – przyjaciół, dziewczyny, ojca. Cała doba rozważań, refleksji, nadrabiania straconego czasu. Gdyby nie typ charakteru głównej postaci, widzowi nie byłoby szkoda tego, że wieloletni dealer narkotykowy idzie w odsiadkę i ma niewiele czasu, aby się ze wszystkimi pożegnać. Sęk jednak w tym, że Monty Brogan to postać paradoksalna: z pozoru winna skazania, za to w podtekście absolutnie pozytywna i powszechnie lubiana. Bo patrząc na wysiłek i problematykę jego sytuacji można głównemu bohaterowi tylko współczuć rychłego pozbawienia wolności.
Film tylko pozornie skupia się tylko na postaci głównego bohatera. Oprócz sytuacji Monty’ego przedstawione są losy jego najbliższych, ich problemy życiowe, również te związane z sytuacją Brogana. Co więcej, obraz ociera się także o rozważania nad sytuacją rasową, religijną, ogólnie pojętym rasizmem, powszechnie poruszanym w filmach Spike’a Lee. Za przykład niech posłuży pięciominutowy monolog głównego bohatera, obwiniającego czarnoskórych obywateli Stanów Zjednoczonych, Chrystusa, Bin Ladena, Chińczyków – praktycznie wszystkich, wyłączając siebie samego (ciekawostka: w całej tej scenie słowo „fuck” pada 40 razy!). W tym czasie bohater wydaje się być pewny tego, że jego sytuacja nie jest winna własnym poczynaniom (co jednak jest oczywiste), ale trzeba odnotować, że z rozwojem sytuacji zmienia swoje podejście i błąd przypisuje samemu sobie. Jest to przedstawione dość jednoznacznie w końcówce filmu – chyba w najciekawszej scenie – kiedy ojciec głównego bohatera zawozi go więzienia. Monty widzi za szybą wszystkie te postacie, wcześniej przez niego obwiniane, które serdecznie się do niego uśmiechają i machają. To jasna aluzja do tego, że wina całego świata nie leży po stronie obcokrajowców, a Brogan patrząc na nich przyznaje się do winy, że niesprawiedliwie ich oceniał. Wygląda na to, że wówczas uświadamia sobie, że jego żałosna sytuacja jest spowodowana tylko przez jego nieuczciwość i żerowanie na ludzkich słabościach. Cały film zakończa narracja jego ojca, który snuje dywagacje nad ucieczką syna. Mówi, że mógłby w każdym momencie skręcić w lewo i jechać na zachód, że zostawiłby go gdzieś w małym miasteczku na pustyni i tam Monty rzekomo miałby żyć. Cała ta opowieść, prowadzona zresztą w tonie „pojechałbyś”, „zrobiłbyś”, czyli tylko sugerującym, ozdobiona jest scenami „nowego” życia głównego bohatera. W gruncie rzeczy, jeśli by się temu powierzchownie przypatrzeć, można by przyjąć, że te sceny zwiastują nam przyszłość Monty’ego. Jednak „25. godzina” nie jest banalnym filmem i nie możemy tak tego interpretować. Kolorystyka tych scen udowodnia nam, że wszystko to jest sferą marzeń i gdybań, a rodzina Monty’ego przyodziana w tandetne białe ubrania, z błogim wyrazem twarzy tylko to potwierdza. To wszystko jest przekoloryzowane, nierzeczywiste. Bohater siedzący w samochodzie ma zamknięte oczy, co jawnie tłumaczy nam, że pogodził się ze swoim losem, z własną głupotą, którą musi sam teraz odpłacić. Jeśli tego byłoby mało lub było mało przekonujące, pozostaje nam także logiczne wytłumaczenie – kto w normalnym świecie zdołałby uciec przed siedmioletnią odsiadką bez żadnych następstw?
No i pozostaje nam kolejny aspekt potwierdzający losy Monty’ego: tytuł filmu. 25. godzinę można sobie tłumaczyć właśnie jako to nierealne wyjście z ciężkiej sytuacji Brogana. Wizję rodziny, szczęścia. Nie jest jednak owa godzina materialnym czasem, a jedynie pozostającą w sferze wyobraźni głównego bohatera, a także widza.
Nie można zapomnieć o dobrych kreacjach, jakie stworzyli aktorzy. Czuje się to przede wszystkim u Edwarda Nortona, osobiście jednego z moich ulubionych aktorów. Wszak nie jest to jego najlepsza rola, bo dajmy na to „Więzień nienawiści” pozwolił mu lepiej spełnić się aktorsko, ale historia Monty’ego została „uczłowieczona” właśnie przez postawę Nortona. Widać kiedy głównego bohatera przepełnia smutek, kiedy nadzieja, a kiedy jeszcze zupełnie inna skrajność. Wszystko to zawdzięczamy umiejętnościom aktorskim Nortona i trzeba mu oddać to na to zasłużył – czyli niski ukłon. Jeszcze raz potwierdził, że jest bardzo dobrym aktorem.
To, a także muzyka, która została wykonana raczej w sposób poprawny (mówiąc krótko: nie powala, skoro nie zapamiętałem z niej żadnego momentu), przedstawia nam dobry obraz. Film, który jest typem raczej pouczającym, tłumaczący nam, że bezprecedensowe łamanie prawa, nawet w małym stopniu, może – mówiąc kolokwialnie -, zepsuć nasze życie i kiedy się z ockniemy, na ratunek może być za późno. To także komentarz na temat rasowych problemów tego świata, problemów współczesnej Ameryki, spotykanych niemal na każdym kroku. Wprawdzie nie jest to istne arcydzieło, ale wybija się ponad kinematograficzne wyżyny. Jeśli miałbym oceniać w skali 1-10, dałbym 6+. Gdyby nie lekkie przynudzanie w niektórych momentach, byłbym skłonny dodać do oceny pół punktu.












