Recenzja: Bękarty wojny / Inglourious Basterds (2009)
Bękarty wojny to kolejny obraz stworzony przez Quentina Tarantino. Film ten spotkał się z dużą krytyką, szczególnie ze strony polskich filmoznawców, gdyż dotyka on drażliwych kwestii, jakimi jest wszystko co dotyczy nazizmu i Żydów, przez co wzbudza on mieszane uczucia wśród grona polskiej widowni.
Sam film nie jest jednak taki, jakiego oczekiwano po zwiastunach. Niewiele tu krwawych akcji, które to zawsze były głównym motywem filmów Tarantino. Bękarty wojny to jeden z najbardziej przegadanych filmów Tarantino, choć poza scenami dialogowymi, dobitnie przedstawiony jest także krwawy pogrom niemieckich żołnierzy. Krótkie, pojedyncze sceny przemocy wystarczyły by ukazać dynamiczny, szorstki i brutalny obraz.
Z wielkim rozmachem ukazana jest pierwsza scena, która od razu wprowadza widza w stylowe, epickie widowisko. Potem nastepuje rozbicie fabuły na epizodyczność. Od tego momentu nie ma głównego bohatera, każdy ma swój określony fragment filmu, w którym będzie mógł się zaprezentować. Tarantino w Bękartach wojny dużą ilość czasu poświęca na rysowanie intrygi, definiowanie biorących w niej udziału postaciach, w taki sposób, iż widzowi wydaje się, że chce on zaprzeczyć naturze swojego pozbawionego głębszej psychologii kina.
Fabuła filmu koncentruje się wokół Żydówki Shosanny (Melanie Laurent), która ocalała z pogromu i postanawia spalić swoje kino podczas seansu wypełnionego hitlerowskimi osobistościami. Wokół niej węszy inspektor SS Hans Landa (Christoph Waltz), odpowiedzialny za śmierć jej rodziny. W filmie zobaczycie wielu znancyh aktorów m.in. Brada Pitta, ale jego kreacja jest niczym w porównaniu z tym co pokazał Christoph Waltz. Jego postać jest objawieniem Bękartów wojny. Postać diabelnie inteligentnego hitlerowca, jaką gra Christoph Waltz, jest esencją wszystkiego co najlepsze w tym filmie. Sam Brad Pitt też nie wypadł najgorzej, można by powiedzieć, że przerósł nawet sam siebie pod względem komizmu. Na uwagę zasługuje także Til Schweiger, który oczarowuje widzów swoją mimiką.
Quentin Tarantino nie zawiódł także doborem muzyki – zapożyczone z klasycznych filmów wojennych i westernów utwory Ennio Morricone, Charlesa Bernsteina i Dimitri Tiomkina stanowią spójną całość, rzadko tylko przerywaną nowoczesną nutką.
Bękarty wojny bywają niesmaczne i nietaktowne, ale przede wszystkim są śmieszne. Miejscami może się wydawać, że cały obraz jest niepoprawny politycznie i uraża widza. Całość filmu jest jednak typowa dla Tarantino – mieszanie gatunków filmowych, podzielona na rozdziały fabuła, brutalne, krwawe sceny, śmierć kluczowych postaci. Nic dodać, nic ująć – Tarantino w pełnej krasie.
Bękarty wojny to film stworzony pod publikę. Zachwyci wiernych fanów Tarantino, nowicjuszów raczej zrazi. W filmie nie należy się doszukiwać historycznych wartości, tylko typowej rozrywki. Nie jest to wybitne arcydzieło, nie dorównuje też “Pulp Fiction”, jednak ten kto lubi specyficzny humor Tarantino, nie poczuje się oszukany.
*












