Recenzja: Gallipoli (1981)
Czy potrzebujemy filmów, które kipią patosem, gloryfikują zmarłych, tworzą mity bohaterów poległych za ojczyznę? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, a zależy głównie od tego, jaki film rozbłyśnie przed naszymi oczami. Jest wiele ekranizacji historycznych batalii, które na dobre wpisały się w historię kina, które trzeba obejrzeć by mieć obiektywne spojrzenie na ten gatunek.
Modelowymi przykładami naprawdę dobrych filmów mogą być „Most na rzece Kwai”, czy „Działa Navarony”. Przedstawiają par excellence prawdziwe emocje, walkę o szczytne cele, zawziętość w walce i trud w dążeniu do zwycięstwa. Jednak nie wszystkie dzieła z tej serii oświetlają nam równie mocno drogę do ideału, co te dwa nadmienione przeze mnie przykłady. Wystarczy, że przypomnę sobie film „Wróg u bram”, a na myśl przychodzi mi historia banalnego romansu z obroną Stalingradu w tle.
Teraz należałoby przyporządkować do którejś z tych dwóch grup „Gallipoli” – film stworzony w hołdzie dla Australijczyków poległych w jednej z najcięższych dla tego narodu bitew z okresu I wojny światowej. Nie jest to zbyt łatwe zadanie, szczególnie, jeśli potrafimy dostrzec, że nie wszystko jest czarne albo białe, są też „odcienie szarości”.
Sam scenariusz filmu nie jest zbyt ambitny. Autor przedstawia nam 18 letniego chłopaka Archy’iego(Mark Lee), idealistę, który choć potrafi czytać to większość czasu spędza w siodle pracując na farmie ojca, albo realizując swoje sportowe marzenia, związane z bieganiem, które zaszczepił w nim dziadek. Jednym zdaniem: staruszek realizuje swoje marzenia trenując chłopca. Archy przygotowuje się do startu w zawodach, które okazują się punktem wyjściowym do realizacji jego młodzieńczych marzeń – wstąpienia do wojska ( a propos akcja filmu dotyczy pierwszej wojny światowej). Archy z pewnymi trudnościami dostaje się do kawalerii, nakłania również do wstąpienia do wojska Franka(Mel Gibson), pewnego siebie lekkoducha, który startuje razem z Archy’m w zawodach, aby wygrać postawione na siebie(w końcu, kto może być od niego lepszy) pieniądze. Frank, dla którego wojna jest czymś obcym, niezrozumiałym i niepotrzebnym zmienia zdanie, gdy widzi, jakie wrażenie na pięknej blondynce robi wywód Archy’ego o wstąpieniu do wojska. Nawiasem mówiąc próżność wygrała. Obaj młodzieńcy zaprzyjaźniają się i choć zostają rozdzieleni to ostatnią potyczkę i tak przyjdzie im stoczyć wspólnie.
Film przedstawia dość banalną historię, choć przyjemną w odbiorze. Kilka scen, szczególnie tych z udziałem Gibsona naprawdę bawi, jak choćby nauka jazdy konnej w jego wykonaniu. Jego rola jest jedną z nielicznych aspektów, które zmobilizowały mnie, aby wytrwać do końca. Gibson naprawdę przyciąga. Potrafi być zabawny i rozśmieszać w jednej scenie, a w drugiej wzruszać i pobudzać nasz umysł do przeżywania problemów razem z nim.
To właśnie problematyka filmu jest ważna. Poza lękiem przed walką i narażaniem własnego życia, odnajdziemy też prawdziwą przyjaźń, ciekawość świata i nowych doświadczeń. Niestety te tematy są przedstawione w dość płytki sposób, dlatego w widzu pozostaje dość duży niedosyt.
W filmie nie ma zbyt wiele efektownych scen batalistycznych, katastrofalnego w skutkach bombardowania, czy morderczych serii karabinów maszynowych. Są za to emocje ludzi i bieg….
Bieg jest przewodnim elementem filmu. Tworzy klamrową kompozycję, od której zaczyna się i na której kończy cała historia. Symbolizuje nieustanne dążenie do realizacji marzeń i wewnętrznych pragnień, pomaga przezwyciężyć strach.
Piętą Achillesową „Gallipoli” jest muzyka. Nie oddaje ona w pełni emocji, które targają bohaterami. Nie jest w stanie rozgrzać emocji widza do momentu, w którym byłby mentalnie sparaliżowany i był w stanie zrobić tylko jedno – czekać na następną scenę.
„Gallipoli” nie powala na kolana, szczególnie blado wypada w porównaniu z innymi filmami tego typu, które powstały kilka, kilkanaście lat przed nim. Mało rozbudowane wątki zapewniają nam lekką rozrywkę, w której odnajdzie się każdy widz. Mimo wszystko zachęcam do obejrzenia tego dzieła i wytrwania do ostatniej sceny. Zakończenie, które wydaje się dość proste, świetnie zamyka całą fabułę filmu.













Ten film jest rewelacyjny, a ostatnia scena powala. Historia tego filmu wcale nie jest banalna a muzyka wcale nie jest piętą achillesową filmu, zgadzam się ze jest uboga i prosta ale własnie taka ma być. Nawet w cenie finałowej gdzie amerykanie pewnie by dali jakąś niesamowitą muzę a australijczyk dał ciszę tylko słychać oddech biegacza. Proste środki jakie zastsowano są genialne i cały film jest taki. Moja ocena 9/10