Recenzja: Ile waży koń trojański? (2008)
O ile polskie kino często spotyka się z zarzutem zbytniej teatralności i pompatyczności, o tyle najnowszy film Juliusza Machulskiego stawia czoło i bezsprzecznie przełamuje konwencje wszechobecnej sztuczności, żeby nie powiedzieć „nienaturalności” polskiej kinematografii –szczególnie tej komediowej – zaskakuje swoją lekkością, wcale nie ustępującą finezji
i bezpretensjonalności filmów, z których zdążyli już zasłynąć nasi południowi sąsiedzi – Czesi.
„Ile waży koń trojański?” to historia miłości, miłości codziennej ale nie zwyczajnej, nieskomplikowanej lecz nie oczywistej, historia miłości dojrzałej, wyczekanej, spełnionej
i zaistniałej w odpowiednim momencie i właściwych okolicznościach. Daje do myślenia, doprowadza do wniosków. Jakich? Między innymi takich, iż na wszystko w życiu przychodzi odpowiednia pora, dlatego upływ czasu może być czymś pozytywnym – kolejnym etapem,
do którego nigdy byśmy nie dotarli nie przeżywszy wszystkiego, co nastąpiło wcześniej.
Nie do końca wiadomo jak ugryźć temat żeby nie zdradzić sedna filmu, choć może niesłuszne to obawy, gdyż film mimo wspomnianej wcześniej prostoty, banalny nie jest – na co potwierdzeniem może być rozumiany na wiele sposobów tytuł – symboliczny choć może
i trochę przewrotny.
Zacznijmy więc od motywu „zamiany czasowej” – elementu, który wykorzystany w mało umiejętny sposób może stać się bardzo uciążliwy dla widza. Na szczęście, umiejętności twórcom filmu odmawiać nie musimy, tak więc cofnięcie w czasie, staje się wspaniałą okazją do utrzymania filmu w klimacie naszych narodowych realiów i naleciałości.
W końcu, mamy do czynienia z filmem nie pozowanym na zagraniczne produkcje, film polski od początku do końca, śmieszny i odprężający, naznaczony charakterystycznym polskim znakiem firmowym – niczym linie papilarne – czasami PRL-u. Dzięki temu oglądając
„Ile waży koń…” faktycznie przenosimy się w czasie, do epoki „kawy podawanej
w szklankach” i przeniesienie to, ku wielkiej uciesze, nie ogranicza się do rozdania kilku rekwizytów przechadzającym się na drugim planie epizodystom, czy też ustawieniem na ulicy dwóch fiatów 125p. Od kostiumów począwszy (tu wielka zasługa Ewy Machulskiej), poprzez charakteryzację(Monika Kaleta), na kąśliwych dialogach obnażających ówczesne absurdy skończywszy, film dopracowany został w każdym szczególe. I choć motyw epoki demoludów jest u nas od jakiegoś czasu mocno popularny, twórcom udało się uniknąć zbytniego „gadżeciarstwa” i chęci wypłynięcia na topowym temacie. W końcu doczekaliśmy
się sprytnego wykorzystania potencjału, jaki tkwił w tych jakże barwnych latach, będących świetnym tłem do przedstawienia całej historii. Film jest naprawdę zabawny czy to dzięki wykorzystaniu niepowtarzalnego PRL-owskiego kolorytu, czy dzięki grze aktorskiej
w zasadzie wszystkich bohaterów – to już każdy oceni sam.
I choć pierwsze momenty filmu są odrobinę sztuczne i nie do końca obiecujące (można by zastanowić się w tym miejscu czy nie był to zamierzony zabieg) po chwili akcja rozkręca
się błyskawicznie, zapewniając fantastyczną zabawę już do samego końca projekcji, wprowadzając widza przez blisko półtorej godziny w stan błogiego wręcz „letargu”.
Czy swobodę i lekkość komedii zapewnił scenariusz, reżyseria czy też gra aktorska,
tego do końca nie wiem – zapewne wszystko po trochu. Wiem jedno, filmu nie można przegapić, choćby dla niesamowitej roli cholerycznej i rozkapryszonej Lidki (tu fenomenalnie Maja Ostaszewska – w końcu w roli czarnego charakteru ), jak również dla białych slipek…Roberta Więckiewicza, wcielającego się w postać Darka, byłego męża głównej bohaterki Zosi (Ilona Ostrowska).
Również wielką tkliwością napawa pięknie odegrana postać Babci (tak, tak po tym filmie każdy stwierdzi, że należało to napisać wielką literą) zagrana przez Danutę Szaflarską.
Dopełnieniem końcowym jest oczywiście muzyka – utrzymana w klimacie lat 80-tych, podkreśla, uwypukla i umila seans.
Myślę, że film okaże się znakomitym rozwiązaniem dla tych, którym brakowało już od dawna dobrej, polskiej komedii i stęsknieni są za tym niepowtarzalnym uczuciem, jakie daje jedynie umiejętność śmiania się z samych siebie i talent do znajdywania radości i humoru
w otaczającej nas codzienności.
Film – będąc prostą opowieścią, uderza w te struny, w które uderzani być uwielbiamy…
Daje nadzieję, że szczęście czeka na każdego z nas bez względu na liczbę wiosen na metryce czy kurzych łapek pod okiem, nie zważając na nasz prywatny bilans zysków i strat – przychodzi.













O. Czyli jednak warto wybrać się na to

Bo się zastanawiałam
Dzięki.