Recenzja: Malowany welon / Painted weil (2006)
Według mnie Edward Norton to jeden z najlepszych – jeśli nie najlepszy – współczesny aktor młodego pokolenia. W jego filmografii można znaleźć takie docenione przez krytyków tytuły jak: „Więzień nienawiści”, „25 godzina” czy „Podziemny krąg”. Osobiście uważam go za swoistego następcę genialnego aktora, jakim jest Robert de Niro (mieli okazje razem spotkać się na planie „Rozgrywki”). Nortona cechuje głębokie zaangażowanie w odtwarzane role – nawet, gdy w swej grze nie może wykorzystać podstawowego atrybutu aktora, czyli twarzy („Królestwo niebieskie”). Jako jeden z niewielu gwiazdorów bacznie strzeże dostępu do swojego prywatnego życia. Tłumaczy to tym, że im mniej widzowie jego filmów znają faktów dotyczących jego prywatności, tym łatwiej mu jest zainteresować ich postaciami, których losy odtwarza.
W pewną konsternację wprawił mnie poprzedni film Nortona – „Iluzjonista”. Zagrał w nim przyzwoicie, jednak scenariusz i prowadzenie nie pozwoliły mu rozwinąć skrzydeł i zaprezentować pełni aktorskich umiejętności. Przez to rola ta nie zachwyca na tle wcześniejszych kreacji.
Z pewnym niepokojem podchodziłem do najnowszego filmu z Nortonem w roli głównej, szczególnie, że media klasyfikowały go jako historię miłosną (do tej pory tylko „Zakazany owoc” – autorski film aktora – mógł pretendować do grona filmów tej kategorii). Z tymi obawami zasiadłem w kinowym fotelu i… dałem się ponieść ponad dwugodzinnej historii umiejscowionej w latach dwudziestych XX wieku, w czasie chińskiego przewrotu wolnościowego oraz epidemii cholery. Trudno tutaj mówić o wartkiej akcji, ale inne walory przykuwają uwagę do ekranu, zapewniając przeżycie „małego filmowego katharsis”, które w końcu jest celem dzieł X muzy.
„Malowany welon” to remake dzieła Ryszarda Bolesławskiego – emigranta polskiego pochodzenia, który w 1934 roku nakręcił na podstawie powieści Williama Somerseta Maughama „Malowaną zasłonę” z ówczesną gwiazdą pierwszej kategorii – Gretą Garbo. We współczesnej wersji w główną żeńską rolę wcieliła się Naomi Watts, znana z genialnych kreacji m.in. w „21 gramów” oraz „Mulholland drive”. Pierwotnie do tej roli przewidziana była Nicole Kidman, ale dzięki rekomendacji samego Nortona postanowiono ostatecznie zaproponować rolę gwieździe współczesnej wersji „King Konga” – posągowej blondynce, która w strojach z początku XX wieku prezentuje się rewelacyjnie.
Postać grana przez Nortona czyli Walter Fane to renomowany lekarz, który podążając za swoim powołaniem wyrusza w podróż do Szanghaju, będącego w tamtych czasach pod panowaniem brytyjskim. Przed wyjazdem poznaje piękną córkę z arystokratycznej rodziny – Kitty (Watts), która mając dosyć ciągłego manipulowania nią przez rodziców postanawia się od nich uniezależnić poprzez pospieszne poślubienie nieśmiałego lekarza. Razem wyruszają do Chin, gdzie wkrótce wychodzi na jaw jednostronność uczucia łączącego tych dwoje. Znudzona mężem Kitty wdaje się w romans z angielskim konsulem granym przez Lieva Schreibera (m.in. seria horrorów „Krzyk”). Gdy małżonek domyśla się zdrady, postanawia postawić niewiernej żonie ultimatum: albo wyjedzie z nim do odległej od dużego miasta prowincji będącej ogniskiem epidemii cholery, albo narazi siebie i kochanka na poważny skandal towarzyski. Początkowo zbuntowana kobieta odczuwa ulgę licząc na względy konsula, jednak, gdy wychodzi na jaw powierzchowność jego uczuć, niechętnie zgadza się towarzyszyć mężowi w dalekiej i ryzykownej podróży. W tym momencie zaczyna się powolna ewolucja głównych bohaterów, których wspólny wyjazd nauczy wielu rzeczy o nich samych jak i potrzebach innych ludzi. Warto się przekonać, czy wykorzystają okazję, aby wśród śmierci panoszącej się na malowniczej chińskiej prowincji odnaleźć na nowo prawdziwe uczucie, wybaczyć sobie oraz zrozumieć lepiej drugą osobę.
Podczas projekcji filmu nie sposób nie zachwycić się urzekającymi zdjęciami ukazującymi piękno i dzikość „Kraju Środka”. Trafnym uzupełnieniem obrazu jest świetna muzyka, nagrodzona m.in. złotym Globem w Stanach Zjednoczonych.
Z ciekawostek warto wspomnieć o tym, że biorąca udział w produkcji strona chińska zażądała okrojenia scen ukazujących początki chińskiego buntu przeciwko angielskim kolonistom oraz epidemii cholery, ukazanej z dużą dozą realizmu. Ostatecznie podczas końcowego montażu zrezygnowano z ponad pół minuty materiału filmowego zawierającego najbardziej drastyczne obrazy.












