Recenzja: Truman Show (1998)
Film bazujący na powszechnym micie i przekonaniu, że jesteśmy obserwowani w świecie wykreowanym przez kogoś dla zabawy. Swoistego rodzaju reality show, gdzie wszyscy “udają”, prawdziwymi, nie zdając sobie sprawy z intrygi, pozostajemy tylko my. To o takich możliwościach mówili już od czasów starożytnych filozofowie, że po za obszarem naszej jaźni naszemu poznaniu nie dostępne jest nic więcej. Nie wiemy czy ludzie wokół nas istnieją, a jeżeli istnieją to nigdy tak naprawdę nie będziemy mieli pewności co czują i co (jeżeli w ogóle) myślą. W filmie pada doskonałe odzwierciedlenie braku pewności jakiejkolwiek naszej wiedzy o świecie, gdy Christoff (kreator programu i Bóg świata w którym żyje Truman) zapytany przez redaktora innej telewizji : „jak to jest możliwe, że Truman w wieku 30 lat jeszcze nie odkrył prawdy?”, odpowiada: „ to proste, wszystko co otrzymujemy ze świata przyjmujemy za oczywiste”. Inteligentny widz naciśnie pauzę i solidnie pogłówkuje…
Truman Burbank, bankowiec z wykształcenia a agent ubezpieczeniowy z zawodu jest do szpiku kości przesiąknięty „normalnością”. Prowadzi na pozór nudne życie every-mana, który pracuję, wraca do domu, je kolację, kładzie się spać. Codziennie spotyka splot tych samych sytuacji, nie przyglądając się nim uważając, że nowy dzień przyniesie wiele przygód…
Ktoś powie banał ? Otóż nie. Każdemu jego ruchowi przyglądają się setki milionów telewidzów w 266 krajach, którzy Trumana odnajdują w sobie. Wzruszają się, uważając siebie za czułych i prawdziwych nie dopuszczając myśli, że wytworzyli człowieka, który to co najpiękniejsze w człowieku czyli emocje ma wykreowane przez reżyserów na ich potrzeby. Film stawia dość donośnie i głośno pytanie o granicę ludzkiej wolności. Czy człowiek bowiem bez wolności, dalej byłby człowiekiem ? Dzieło Petera Weira na pewno wzrusza i przeraża zarazem, nigdy bowiem dotychczas nie udało oddać się tego tematu tak realnie, wręcz namacalnie. Warto dodać również fakt, że jest to rola mierzona wręcz dla Jima Carreya, który przekona wszystkich, że potrafi grać na najwyższym poziomie. Peter Weir zaryzykował wiele zatrudniając naczelnego charyzmatycznego komika Ameryki, który przechodził w tym czasie kryzys bezsilnych starań o to by zapisał się w dziejach kinematografii jako wielki aktor. Dostrzegł w nim coś czego nie dostrzegają miliony ludzi tworząc „odpowiednie” szufladki, mianowicie – człowieka. WIELKIE KINO
6/6
produkcja: USA
gatunek: Dramat
data premiery: 1998 (Świat)
obsada: Jim Carrey, Ed Harris, Laura Linney, Natascha McEthone; reżyseria Peter Weir
czas trwania: 99 minut
Autor: Michał Marciniak













Wg. mnie jeden z lepszych filmów jakie w życiu oglądałem
.Po co coś więcej pisać? xD.Btw macie strasznie wysoki poziom kultury komentarzy typu “ssijcie” itd…Jakaś cenzura chociaż?
Ja ;> a możesz pokazać gdzie się taki komentarz zawieruszył? Czasem ciężko moderować wszystkie komentarze.
Z góry dziękuję.