Recenzja: Scoop – gorący temat / Scoop (2006)
Kolejny film Woody’ego Allen’a to dla wielu fanów dziesiątej muzy obowiązkowa wizyta w kinie. Choć jego filmy może nie są takim zjawiskiem jak kolejne dzieła Milosa Formana czy Romana Polańskiego, ale z każdym z nich dostajemy dokładnie to, do czego przyzwyczaił nas nowojorski reżyser przez lata swojej pracy. Spodziewamy się specyficznego poczucia humoru, pseudo-filozoficznych monologów, sentymentalnej fascynacji muzyką poważną i dawnymi czasami twarzy aktorek z pierwszych stron gazet oraz charakterystycznej czcionki napisów początkowych i końcowych. Wszystko to dostajemy niemal w każdym kolejnym filmie. Przewidywalność nie jest tu wadą, przeciwnie. zachęca do pójścia do kina ciągle liczną i wierną publiczność dzieł filuternego reżysera.
Scoop to w języku angielskim sensacyjna wiadomość, do której dziennikarz dociera przed swoją konkurencją wkupiając się w łaski wydawcy, najczęściej bardzo popularnego tabloidu. Na trop sensacyjnego zabójstwa trafia Sondra (Johansson). Podczas pokazu sztuk magicznych Wielkiego Splendini’ego (Allen) widzi ducha zmarłego dziennikarza, który badał sprawę Tarotowego Zabójcy. Duch namawia Sondrę, aby dokończyła jego dochodzenie i dotarła do dowodów na to, że jedną ze zbrodni mordercy popełnił znany arystokrata – Lyman (Jackman). Młoda dziennikarka z pomocą magika postanawia zaangażować się w fałszywą znajomość z bogatym młodzieńcem, tylko po to, aby dowody jego zbrodni ujrzały światło dzienne. Początkowo pewna winy arystokraty dziewczyna, stopniowo zaczyna obalać własne teorię i zakochiwać się w Lyman’ie. W słuszność dochodzenia dla odmiany zaczyna wierzyć magik, wcześniej sceptycznie nastawiony do całego śledztwa. Gdy policji udaje się schwytać zabójcę wszystko wydaje się jasne a domniemania tych dwojga nieuzasadnione, jednak kryminalna zagadka zostanie rozwiązana dopiero w finale filmu.
Kolejny raz po „Klątwie skorpiona” i „Wszystko gra” Woody Allen wykorzystuje historię kryminalną jako kanwę swojego filmu. Choć daleko jej do nieprzewidywalności takich filmów jak „Sokół maltański” czy „Chinatown”, to milcząco godzimy się na tę umowność konwencji, która jest tylko tłem dla dialogów, które zawsze stanowiły o prawdziwej wartości komedii Allena.
Miło jest zobaczyć powrót Allena jako odtwórcy jednej z głównych ról w swoim filmie. Po ostatnich jego filmach można było wysnuć wniosek, że udał się na wiecznie odkładaną w czasie aktorską emeryturę, jednak powrócił i to w typowej jak dla niego roli. Jako stetryczały neurotyk niezmiennie otoczony przez kobiety, w których role wcielają się najpiękniejsze kobiety (w tym przypadku po raz drugi Scarlett Johansson) wygląda coraz bardziej groteskowo, ale groteska to w końcu jedna z najbardziej rozpoznawalnych cech jego filmów, więc godzimy się na nią oglądając każdy kolejny obraz.












