Recenzja: Monachium / Munich (2005) Recenzja: Zack i Miri kręcą porno / Zack and Miri make a porno (2008)

Recenzja: Terminator: Ocalenie / Terminator: Salvation (2009)

0 komentarzy
Recenzja: Terminator: Ocalenie / Terminator: Salvation (2009)

Seria filmów o cybernetycznych mordercach uznawana jest za kultową, choć jej legendę zbudowały głównie dwie pierwsze części cyklu. Myślę, że trudno znaleźć fana science-fiction i post-apokaliptycznych wizji świata przyszłości, który nie wyczekiwałby z niecierpliwością na kolejny epizod tej opowieści o wojnie z robotami.

Reżyserem kolejnej odsłony został twórca o pseudonimie artystycznym McG. Dał się on do tej pory poznać jako autor dwóch współczesnych filmów o Aniołkach Charli’ego oraz dość dobrze ocenianej „Męskiej gry”. Scenariusz filmu był wielokrotnie modyfikowany przez różnych scenarzystów, co tylko chyba mu zaszkodziło, o czym za chwilę.

Osnowę filmu stanowią dwa wątki, które z czasem splatają się w jedną opowieść. Pierwszy to dziejąca się w 2018 roku historia Johna Connora (Bale) i podjętej przez niego próby przechylenia losów wojny z robotami na korzyść ludzi. Drugi wątek to poszukiwanie swojego przeznaczenia przez osobnika znanego jako Marcus Wright (Worthington). Przed wybuchem wojny z robotami został on skazany na śmierć za morderstwo, a tuż przed egzekucją zgodził się na oddanie swoich narządów na badania naukowe. Ku własnemu zdziwieniu, w 2018 roku okazuje się, że nie został zgładzony, a przynajmniej w nie pełnym tego słowa znaczeniu. Szwankującą częścią fabuły należy nazwać przedstawienie wojny z maszynami. W poprzednich częściach filmu post-apokaliptyczny świat wydawał się o wiele bardziej przerażający. W tej odsłonie ludzie radzą sobie nadzwyczaj dobrze i mimo, że nękają ich roboty, to nie wydają się one mieć przytłaczającej przewagi. Przez to i inne niedociągnięcia film traci na wiarygodności, która była ważna w poprzednich częściach. Akcja filmu wydaję się nieco chaotyczna, odnosi się wrażenie, że reżyser chciał pokazać zbyt wiele w zbyt krótkim czasie.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to trudno nie odnieść wrażenia, że Christianowi Bale’owi nie dano pokazać pełni swoich umiejętności, które miał okazję zaprezentować chociażby w dwóch ostatnich filmach z serii o Barmanie, czy w „Mechaniku”. W najnowszym Terminatorze zdaję się on artystycznie dusić, choć i tak swoją grą wyraźnie dystansuje pozostałe kreacje. Tym razem na choćby epizodyczny występ nie zgodził się aktualny gubernator Kalifornii – Arnold Schwarzenegger. Mimo to, na jego fanów czeka niespodzianka, której nie będę w tej chwili zdradzać. Warto również dodać, że z filmu, razem z postacią kreowaną przez Schwarzeneggera zniknął całkowicie humor, który dyskretnie wkradł się do drugiej i trzeciej części serii.

Efekty specjalne nie powalają na kolana, choć należy przyznać, że są wykonane przyzwoicie. Nie mamy do czynienia z przełomem jak przy drugiej części cyklu, ale efektownie wygląda chociażby przedstawienie cyborgów częściowo odartych ze swej ludzkiej tkanki.

Na ścieżce dźwiękowej pojawia się utwór „You could be mine” Guns N’ Roses, znany dobrze z drugiej części. Oprócz tego można jeszcze usłyszeć także Alice in Chains.

Wartym zauważenia jest fakt, że film zakwalifikowano do niższej kategorii ograniczeń wiekowych, przez co będą go mogli obejrzeć młodsi widzowie.

Podsumowując, kolejna odsłona serii Terminator rozczarowuje, nawet bardziej niż część trzecia. Pozostaje liczyć na to, że kolejne części okażą się godnymi następcami filmów w reżyserii Jamesa Camerona. Z pewnością przekonam się o tym osobiście.

Zostaw komentarz

Spam Protection by WP-SpamFree

polskie programy - drzwi wewnętrzne - estetyczna pielęgnacja drzew - Microsoft - hurtownia opony