Recenzja: Układ idealny / Prete-moi ta main (2006)
Francuska sztuka filmowa ostatnimi czasy z pewnościa nie przeżywa rozkwitu. Większośc filmów, które niedawno wchodziły na ekrany kin, może poza „Ukrytymi” i „Czasem, który pozostał” zdawało się być nieco na siłę kreowanymi na wielkie hity filmowymi miernotami. Co z tego, że we Francji widziały je miliony widzów – u nas produkcje typu „Dlaczego nie?” czy „Tylko mnie kochaj” też zdobywają serca milionów widzów. Czy to oznacza, że są to dobre filmy?. Chyba niekoniecznie. Mało prawdopodobny jest również sukces takich filmów poza granicami naszego kraju, gdzie z pewnością zakwalifikowałyby się do grona marnych produkcji C kategorii, których co roku mnoży się na pęczki.
Przyznam, że przed seansem „Układu idealnego” miałem spore obawy związane ze wspomnianymi wyżej spostrzeżeniami, jednak zostały one szybko rozwiane, sprawiając, że skupiłem się na akcji filmu pozwalając swojej przeponie na, znowuż nie tak częste na co dzień, ćwiczenia ruchowe.
Główny bohater – Luis (Chabat, znany z „Asterix i Obelix – misja Kleopatra”) to czterdziestoletni kawaler, któremu samotne i pozbawione jakichkolwiek zobowiązań życie w pełni odpowiada. Nie zamierza on bynajmniej z tej małej stabilizacji rezygnować tylko aby wejść w związek z jakąś kobietą. Inne zdanie na ten temat mają niańczące go od urodzenia siostry i matka. Zmęczone ciągłym wychowywaniem dorosłego mężczyzny o usposobieniu dziecka, podejmują solidarnie decyzje o tym, że zrobią wszystko aby go zeswatać z jakąś miłą damą, która przejmie na siebie całe brzemię doglądania Luisa. Gdy on sam poznaje się na zamiarach swoich bliskich, postanawia wyprowadzić ich w pole ich własną bronią i za pieniądze namawia siostrę przyjaciela (Gainsbourg – znana z „Jak we śnie”) aby jakiś czas udawała jego dziewczynę a następnie podstępnie przekonała całą rodzina, że ślub z kobietą, to niekoniecznie najlepsze życiowe wyjście dla Luisa.
Film to pełna sytuacyjnego humoru komedia, ktora przywodzi na myśl przede wszystkim angielskie komedie romantyczne takie jak chociażby „Cztery wesela i pogrzeb” czy „To właśnie miłość”. Humor jest tu nieco bardziej wyszukany niż w mieniących się podobnym mianem amerykańskich, czy wzorujących się na nich polskich komediach. Zachwyca również dbałość o przedstawianie trudnych do uchwycenia oczywistych, ale jakże zachwycających detali życia codziennego. Kto widział „Amelię”, ten wie czego może się spodziewać.
Scenariusz zbytnio nie zaskakuje, ale sprawia, że widz się nie nudzi i choć domyśla się często co za chwilę się stanie, to oczekuje tego z ciekawością a nie znudzeniem.
Muzyka specjalnie nie zapada w ucho, ale z drugiej strony nie przeszkadza swoją nachalnością. Nie byłbym prawdziwym fanem zespołu The Cure, gdybym nie wspomniał o tym, że jego muzyka występuje w tym filmie w drobnym acz zabawnym epizodzie, w którym bardzo dowcipnie przedstawiona jest fascynacja bohatera tą grupą, która co ważne jest niezwykle popularna w całej Francji.












