Recenzja: War, Inc. (2008)
Jeśli drażni was w oglądanym filmie hałas, natłok informacji, atmosfera zamieszania, niepewność, a do tego jeszcze fakt, że dość czarna wizja niedalekiej przyszłości zdaje się być prawdopodobna, radzę nie wypożyczać tego filmu.
Po obejrzeniu trailera, przeczytaniu ulotek, haseł z okładki dvd, można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia, z filmem tego samego gatunku co “Wojna Charliego Wilsona”, a troszkę nawet i “Kingdom”. Jednak w mojej opinii, film ten tematycznie jest pokrewny takim tytułom jak “Doomsday”, “Southland Tales”, “Brazil”.
O co chodzi ?
Niedaleka przyszłość. Cyniczny płatny morderca Hauser, o którym w pierwszej scenie dowiadujemy się, że w pięć minut załatwiłby Maxa Payne`a, a w sześć Hitmana, (Jacka Bauera oczywiście ścigałby wcześniej całą dobę) dostaje zlecenie na zlikwidowanie dzianego arabskiego wąsacza. Udaje się więc do ogarniętego programem powojennego wyzwalania i odbudowy kraju, leżącego gdzieś pomiędzy Kazachstanem, Turkmenistanem, a Tutajstanem, by pod przykrywką organizatora wielkiej telewizyjnej fety wykonać swoja robotę. Jest to pretekst do wprowadzenia bohatera w ów wyimaginowany, ale jednak wielce prawdopodobny świat bardzo niedalekiej przyszłości kilku bardzo odległych krajów. Razem z Hauserem, nieco przerażonym otaczającymi go nowymi standardami kolonizacji, jesteśmy w ten tygiel wprowadzeni także my. Miejscem akcji filmu jest głównie ogromny kompleks medialno – targowy mieszczący w sobie siedziby amerykańskich firm “sponsorujących” powojenną odbudowę kraju. Kiedy tylko akcja filmu przenosi się poza centrum, widzimy niekończącą się wojnę domową, wydająca się stanem codziennym i nie budzącą w mieszkańcach żadnego zdziwienia.
Jak w każdej dobrze opowiedziane historii, tak i w tej mamy klasyczną parabolę przemiany bohatera, zaskoczenia, nemesis, katharsis i finałową przewrotkę. Jest to ubrane w błyskotliwy czarny humor, o jaki ostatnio trudno w amerykańskich filmach.
I tu zaczyna się inna historia, bo o prócz zabawy gatunkami, przewrotkami i wszystkim co oferuje kino, mamy też opowieść o czymś więcej. Kraj Turakistan został na potrzeby filmu wymyślony, ale inspiracją są zdarzenia autentyczne. I o autentyczność się wszystko rozbija, bo można odnieść wrażenie, że ktoś kto pisał scenariusz tego filmu zna rzeczywistość opisywaną co najwyżej z innych filmów, które traktowały o obecności wojsk USA w Iraku, czy Afganistanie. Z pewnością inspirował się filmami Michaela Moora, przedstawiającego Busha jako pajaca, który nie był w stanie obronić swego kraju przed grupą skaczących po pustyni wielbicieli kałachów i akrobacji boeingiem, z pewnością widział “Kingdom”, “Mighty Heart”, “Stop Loss” i z pewnością będąc zwolennikiem idei wycofania wojsk nie będzie w bliskich wyborach głosował na McCaina. W “War Inc” mamy szereg dziwnych mrugnięć okiem, które sprawiają, że trudno nie zwrócić uwagi na to, że ktoś nam coś próbuje w głowach poukładać.
Marisa Tomei gra wścibską choć sympatyczną dziennikarkę, nazwaną przez innego bohatera “dziennikarką lewicową” (jedyne w filmie stwierdzenie stawiające kogoś na osi prawo – lewo), chociaż nigdzie w jej zachowaniu nie widać żadnego aspektu lewicowości. Pracodawcą Hausera jest tajemniczy Viceroy, Wielki Brat, głos ukryty za monitorem z animacją wielu twarzy. Jest on oczywiście republikaninem, co możemy stwierdzić po twarzach pojawiających się w animacji (wrzuceni do jednego worka John Wayne, Schwarzenegger, Reagan, Mr T). Mamy więc już rozgraniczenie na lewicowych bohaterów zdegustowanych porządkiem jaki widzą (papierosy o nazwie Democracy Light) i trzymających ciężką ręką władzę, nastawionych na zyski i kontrolę nad światem Republikanów. I Hauser będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, po której stronie stanie w zbliżającej się finałowej, symbolicznej walce obu frontów.
“War Inc” przy całym kolorycie scenografii, zdaje się postrzegać sprawę wspomnianej obecności wojsk USA zaledwie w dwóch barwach: całkowicie czarnej – budowaniu wspartego militarnie interesu na zbombardowanych terenach, lub śnieżno białej – pozarządowemu, choć wciąż finansowanego z podatków, uczenia tubylców demokracji i sprawiedliwości społecznej, (najlepiej za pomocą darmowych i-podów i wizyt Angeliny Jolie).
“War Inc”, jest taki, jaki powinien być kandydat na prezydenta w demokratycznych wyborach – FAJNY. Dobrze się go ogląda, dowcip jest ostry i często trafny, aktorzy jak zazwyczaj w Hollywood dobrani bez zarzutu. Jest otwarty na dyskusję (nie daje konkretnych odpowiedzi), ale przynajmniej bawi (wskazuje z czego należy się śmiać) i zmusza do refleksji, (ponownego przetrawienia jakiejś banalnej prawdy). A tego oczekujemy przede wszystkim.
Gdyby rolę Hausera, zamiast Johna Cusacka, przyjął usilnie kreowany od dwudziestu lat na młodego bohatera kina akcji Nicolas Cage, mielibyśmy kino moralnego niepokoju. Dzięki Cusackowi, mamy dokładnie to, o co chodziło twórcom – kino niemoralnego pokoju.












